Możliwość spojrzenia na wystawę muzealną i na samo muzeum z perspektywy innej niż zwiedzającego jest niesamowicie ciekawym przeżyciem. O tym co widzą i czują babcie muzealne, już pisałam. A co czuje wolontariusz, który w ramach dzielenia się swym dobrym sercem postanowił spędzić noc w muzeum albo przydać się podczas któregoś z innych muzealnych wydarzeń?

Najtrudniejszy pierwszy krok

Zdarza się, że przychodzi ludziom do głowy taka myśl, że może by tak zrobić coś więcej. Po przemyśleniu sprawy stwierdzają, że wolontariat to dobre rozwiązanie, tylko nie wiedzą jak, gdzie i co. Rodzajów wolontariatu jest milion dwieście, dlatego każda przepełniona chęcią pomocy dusza z pewnością znajdzie coś dla siebie. Jedna z dróg prowadzi do muzeów, które chętnie przygarniają wolontariuszy, szczególnie podczas tak szalonych punktów w kalendarzach jakimi są Noce Muzeów, wernisaże, Dni Otwartych Drzwi Muzeów Krakowskich etc.

Co podczas tych wydarzeń będą robić wolontariusze? Z racji zwiększonego ruchu zwiedzających być może będą się starali siłą* i godnością osobistą ów ruch skierować na odpowiednie tory. A to komuś się żart-anegdotę przed wejściem opowie, żeby przez chwilę zatrzymać go przy drzwiach, póki na wystawie nie zrobi się trochę luźniej, a to zabłyśnie wiedzą i na temat wystawy się wypowie, rzuci datą, coś objaśni, przy okazji może się dowie czegoś od zwiedzającego, który z pewnością będzie miał coś do dodania. Po chwili tłum w środku nieco się rozładuje i trzeba będzie zakończyć konwersację, sądząc jednak po ilości chętnych do zapoznania się z przybytkiem sztuki i/lub historii nie na długo. Nie dalej niż po kilku minutach znów trzeba będzie z anielską cierpliwością i uśmiechem numer 5 tłumaczyć, że dziś takie zainteresowanie, że trzeba poczekać, muzeum takie małe, a Państwa tak dużo, to ze względów bezpieczeństwa. Ale za to dowcip mogę opowiedzieć, czas szybciej zleci, zresztą to tylko chwilka, słowo harcerza.

Którędy do wyjścia?

Kolejnym zadaniem wolontariusza może być udzielanie odpowiedzi na pytania wszelkie. Na pierwszy rzut oka – banał i nuda. Jednak ktoś, kto spróbuje sobie pobyć przez godzinę mobilnym centrum informacyjnym, z pewnością zmieni zdanie. Spektrum pytań jest szerokie, zaczyna się od kierunku zwiedzania, godzin otwarcia, mknie przez „którędy do szatni?” i „o której zaczyna się wykład?”, a kończy na „co pani sądzi o tej wystawie?” albo „gdzie jest najbliższa kawiarnia?” 🙂 Jeśli wolontariusz uważa, że nie umie mówić po angielsku albo może trochę umie, ale właściwie to nie za bardzo, po godzinie zapomni, że kiedykolwiek tak myślał, za to w magiczny sposób przypomni sobie wszystkie potrzebne słówka, a drogę będzie potrafił objaśnić nawet w trzech językach, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Kreski, kreseczki

Wszyscy lubimy statystyki, sondaże i twarde liczby. Muzealnicy nie są tu żadnym wyjątkiem. Chcą wiedzieć ile osób przekracza próg ich zacnego przybytku. Kiedy nie da się tego policzyć na podstawie sprzedanych biletów (czyli np. podczas Nocy Muzeów), niezbędny jest wolontariusz. Zostaje wyposażony w sprzęt klikający i otrzymuje tym samym jedyną w swoim rodzaju możliwość poczucia się jak Borys Szyc w reklamie nie–pamiętam–czego. Może także dostać kartkę z tajemniczą tabelką (podział na godziny, nic skomplikowanego, ale na pierwszy rzut oka trochę przeraża) oraz długopis. W tym przypadku już raczej nikt Borysem Szycem się nie poczuje, za to z pewnością popracuje nad swoją kreatywnością i podzielnością uwagi. Jak zmieścić te wszystkie kreski w jednej tabelce, skoro z godziny na godzinę przybywa zwiedzających i jak jednocześnie patrzeć, liczyć, notować i odpowiadać na pytania zbłąkanych zwiedzających, szukających drogi? Te problemy, w myśl zasady, że potrzeba jest matką wynalazków, rozwiązują się na szczęście na bieżąco. Jeśli zajdzie taka potrzeba to wolontariusz do tego wszystkiego jeszcze zatańczy i zaśpiewa, przecież sam chciał pomóc, pozytywną energię trzeba jakoś uwolnić i przekazać dalej 🙂
Po jakimś czasie nabiera takiej wprawy, jakby od lat zajmował się rysowaniem kresek, nawet zaczynają jakoś zgrabniej wyglądać. Z tym tysiącem w tytule nie przesadziłam, zdarza się, że trzeba ich postawić i więcej, na pocieszenie dodam, że zwykle nie robi się tego cały czas, z pomocą przychodzą inni wolontariusze.

Podaj, przynieś, zabaw się!

Wolontariusz może zostać (ciśnie mi się na palce „niecnie”, bo tak pasuje jakoś, ale minęłabym się z prawdą) wykorzystany do doraźnej pomocy przy wielu różnych czynnościach, które muzeum ma do wykonania m.in. podczas prowadzenia warsztatów, przygotowywania różnych materiałów, działań promocyjnych i wielu innych. Ktoś mógłby zadać trywialne pytanie, które niestety od czasu do czasu się słyszy: „Po co się tak męczyć za darmo?”. Argumentów „za” jest na szczęście więcej niż ten jeden, finansowy. Otóż sceptycy drodzy: po pierwsze zrobienie czegoś bez zastanawiania się nad tym, ile zarobimy, daje rzadko spotykane w naszym zabieganym życiu poczucie wolności. Robimy coś, bo chcemy, możemy się zaangażować, pomóc, a jest to tylko nasz wybór. Poza tym możemy poznać wiele ciekawych osób, podejrzeć czasem postaci z życia tzw. publicznego, wziąć udział w ciekawych wydarzeniach, zobaczyć jak naprawdę wygląda brzuch muzeum i poczuć się przy okazji jak Pan Maluśkiewicz w wielorybie, spędzając przerwę w pokoju socjalnym i wędrując po korytarzach, do których zwiedzający raczej nie trafi, nawet przez przypadek. Ponadto możemy przekonać się czy lubimy pracę z ludźmi czy jednak nie, co jest istotną informacją na przyszłość.

Poza tym czy naprawdę za każde kiwnięcie palcem musimy wymagać zapłaty? Robienie czegoś tak po prostu, dla samej przyjemności robienia, bywa ciekawsze niż najbardziej pasjonująca czynność, za którą ktoś nam zrobi przelew na konto. Kto niezdecydowany niech się przekona, spodoba się na pewno, piszę to z pełną odpowiedzialnością i biorę na klatę!

*z tą siłą to żartowałam! 😉