Na dzień dobry chciałabym sprecyzować zasadniczą rzecz – nie należę do osób, które w jakikolwiek sposób narzucają innym swoje zdanie (chyba że chodzi o nie zakładanie jasnych sandałków do munduru – tutaj idę na czołówkę, byle tylko przeforsować tę jakże odkrywczą myśl, że nie powinno się tego robić never ever). Podczas pierwszych chwil Nowego Roku i przez kolejne dwa tygodnie rosła we mnie jednak taka myśl, że może należałoby coś zrobić. Coś – dobre sobie. Aż chciałoby się zacytować klasyka i napisać, że nie wiem o co mi dokładnie chodziło, ale chodziło mi o to bardzo mocno. Pomyślałam, że może już dosyć tych nieszczęść. Że przecież z tym światem jest coś nie tak i trzeba go zmieniać na lepsze. Że już dość tych wojen i wojenek, kłótni, dogadywania sobie, dzielenia rzeczywistości na czarne albo białe, bez żadnych szarości pośrodku.

No message could have been any clearer

I wtedy postanowiłam brać przykład z króla Michaela, który potrafił stanąć przed lustrem i krzyknąć do człowieka po drugiej stronie tafli, żeby się opamiętał. I jeśli chce coś zmieniać to – tamdaradam – nie ma innego wyjścia, jak tylko zacząć od siebie. To najprostszy przekaz: jeśli chcesz uczynić świat lepszym miejscem, najpierw spójrz na siebie, a potem zacznij działać! W domyśle – nie czekaj bezczynnie aż ktoś, coś, gdzieś, kiedyś, tylko zbieraj tyłek i coś zrób!

If you wanna make the world a better place

Czy zmienię coś jeśli wrzucę kilka złotych do puszki i przekażę je dzieciom? A czy coś to zmieni jeśli poniesie mnie fantazja i podczas licytacji wydam miliony monet na kubek i smycz, myśląc o starszych osobach i nowych łóżkach na oddziałach geriatrycznych? A czy cokolwiek drgnie kiedy orkiestry w całym kraju będą grały charytatywnie, zupełnie za free? Czy dzięki temu odmieni się świat?!

Take a look at yourself and then make that change

Nie. Oczywiście, że nie. Nikt nie zacznie  wiwatować i klaskać na moją cześć, nie przestawi się układ biegunów, a kurs franka nagle się cudownie nie zmniejszy. Ale zrobię coś znacznie ważniejszego. I dużo trudniejszego. Zacznę. Po prostu, ot. Zacznę od siebie, nie przekonując nikogo, że mam rację. I będę myśleć  o ludziach, którzy w tym czasie siedzą przed komputerami i produkują jeden za drugim komentarze o szkodliwości brania udziału w tej złowieszczej akcji z sercem w tle i z Orkiestrą w tytule. I stracą taką masę energii, że aż strach pomyśleć jak głośny dźwięk mogliby zagrać gdyby tylko przełożyli ją na jego wydobycie. Będą narzekać, że wszystko jest bez sensu, a wystarczyłoby wykazać się inicjatywą, choćby drobną, rękę do kogoś wyciągnąć, uśmiechnąć się, zupę ugotować, cokolwiek.

I dziś, chociaż tego świata właściwie nie widać spod śniegu, uśmiechnijmy się do siebie nawzajem, nie bądźmy burakami i niech nam się nie wydaje, że te tysiące wolontariuszy to tak dla zabawy tylko biega po mieście i rozkleja serduszka. Dla zabawy też, w końcu to bardzo ważne, ale głównym celem jest pomaganie. Nam. Mnie na przykład. I moim dzieciom, których nawet jeszcze nie mam i póki co mieć nie będę, ale już mi jakoś spokojniej, jak sobie pomyślę, że w razie czego będą miały gdzie spędzić swoje pierwsze dni, jeśli urodzą się za wcześnie, że ktoś sprawdzi czy dobrze słyszą, zajmie się nimi i zaopiekuje. I kiedy sobie pomyślę, że jak będę już stara i brzydka to znajdzie się dla mnie miejsce na oddziale z nowoczesnym sprzętem, to też mam ochotę powiedzieć „uff”. Ale zbieranie dla siebie to w sumie żadna frajda, najlepsze jest to, że można pomóc wielu ludziom, zyskując jednocześnie energię na dalsze działanie i kolejne kroki. Tak żeby wieczorem móc powiedzieć człowiekowi z lustra – hey man, ta zmiana właśnie się zaczęła!

No a tak poza tym to przecież – jeśli coś jest Orkiestrą, to nie może być złe. Czy się mylę?